środa, 27 czerwca 2012

Polska - PRL 0 : 1



Fragment rozmowy Naszego Dziennika z profesorem Markiem Chodakiewiczem która mnie poruszyła:

 Pytanie ND: Pozostałością po PRL jest właśnie poczucie niemocy i bierność?
- Tak, jest to wynik PRL. "Transformacja" polegała w Polsce jedynie na nadaniu innego kształtu tej samej materii. Kiedy przeprowadzano ją za czasów Gorbaczowa, nie sądzono jeszcze, że komunizm rzeczywiście się sypnie. W każdym kraju postkomunistycznym proces ten przebiegał według innego scenariusza. W Polsce był to scenariusz podobny do tego z lat 1944-1947: łże-wybory, łże-opozycja, łże-wolna prasa. I tak dalej. Kiedy Stalin wkroczył do Polski w 1944 roku, mógł zrobić to samo, co w roku 1939, a jednak postąpił inaczej. Z różnych powodów. Główny powód był taki, iż myślał, że jeżeli nie narzuci on Polsce komuny w sposób jawny, ale zrobi to na drodze dezinformacji, to Amerykanie wycofają się z naszego kontynentu. Stąd naiwne działania Mikołajczyka i innych. Kiedy jednak okazało się, że Amerykanie się nie wycofali, Stalin przeszedł do działań otwartych. Nastąpiła pełna sowietyzacja i wszystko potoczyło się według scenariusza sprawdzonego w 1939 roku na Kresach. Komuna dysponowała modelem stosowanym w latach 1944-1947 i ten właśnie model został zastosowany w czasie ostatniej "transformacji ustrojowej" przez Kiszczaka i Jaruzelskiego. W latach 1944-1947 także istniało "uwalnianie rynku", funkcjonowały zakłady, sklepiki czy prywatne zakłady rzemieślnicze. Bitwa o handel i kolektywizacja nastąpiły dopiero potem. Komuna ma różne fazy. Nie zawsze ma twarz Pol Pota. Czasami wygląda jak salonowy redaktor naczelny. 


Całość tu:  http://www.bibula.com/?p=57501 daję przekierowanie do "bibuły" bo ND zmienia linki na stronę główną.

Kiedyś zastanawiałem się czym się skończy niedokończona rewolucja demokratyczna w Polsce i doszedłem do wniosku że musi się to zakończyć jakąś wojną domową. Taki stan nierozstrzygnięcia nie mógł trwać w nieskończoność. Musiało dojść do momentu w którym albo jedna strona albo druga przeważy. Tak się złożyło że przeważyła strona reprezentująca interesy starego układu postkomunistycznego. Elity solidarnościowe i niepodległościowe nie były przygotowane do przejęcia władzy, mogły tylko pełnić rolę listka figowego. 

To co teraz obserwujemy, te seryjne samobójstwa elit, to właśnie wojna domowa. Specyficzna wojna domowa, bardzo jednostronna. Wywiad z panem Chodakiewiczem daje poniekąd odpowiedź na pytanie co będzie potem. Myślę że będzie to jakaś forma łagodnego terroru państwowego w celu utrzymania władzy starych grup interesów i służb. Wzory oczywiście będą płynąć ze wschodu. Dla rządzących idealnie się składa że nadchodzą trudne i niebezpieczne czasy w polityce międzynarodowej. Tym łatwiej będzie wytłumaczyć pewne obostrzenia wobec tubylców. 

Ale jest jeszcze inna opcja, znacznie groźniejsza. 
Cała sztuka nowoczesnej, mistrzowskiej polityki zagranicznej polega na umiejętności postawienia przeciwnika przed  pozorną alternatywą która w każdym przypadku prowadzi do równie niekorzystnego dla niego rezultatu. Pójdziesz w lewo - zginiesz, pójdziesz w prawo - głowę stracisz. Taką alternatywą przed którą stanie Polska, może być wybór pomiędzy dyktaturą a wojną domową. Jakkolwiek to jeszcze może brzmieć absurdalnie, to moim zdaniem jest coraz bardziej prawdopodobne. Mam na myśli prawdziwą wojnę domową, taką jak w Libii i Syrii, prowadzącą do rozpadu państwa lub oderwania się jego części. interes w tym miałaby i Rosja i Niemcy, a także elity postkomunistyczne jeśliby okazało się że to jedyny sposób utrzymania się przy korycie.

Ech chyba zaczadziałem od tego siedzenia przed komputerem. Idę się przewietrzyć. 

środa, 6 czerwca 2012

Czytając między wierszami...


 Donald Tusk niczym kieszonkowy dyktator bananowej republiki, zaoferował koncernom zajmującym się wydobyciem gazu łupkowego w Polsce, stworzenie dogodnych i niezmiennych przez co najmniej 20 lat warunków prawnych i podatkowych, w zamian za ich patronat nad swoimi rządami.


Podczas konferencji na temat wydobycia gazu łupkowego, która odbyła się 16.05. w Warszawie, premier Tusk oznajmił:

„Tym, którzy chcą z nami współpracować przy gazie łupkowym i z nami zarobić, deklaruję rzetelność, stabilność i uczciwe podejście do pracy".

- Innymi słowy: "Zatrudnijcie mnie jako swojego pracownika a gwarantuję wam stabilność".

Po czym dodał lekko zawoalowaną groźbę:

"Nikt nie będzie ryzykował swoich dużych pieniędzy w takim miejscu na świecie, które nie będzie gwarantować ciągłości interesu”. 

 - Czyli: "Jeśli dacie nam za mało kasy, to przegramy następne wybory a wtedy do władzy dojdzie ta straszna nieprzewidywalna opozycja".

Następnie wycenił swoją usługę:

„Poziom inwestycji, jaki musimy uzyskać, aby móc powiedzieć, że na gazie łupkowym zarabiają ci, którzy ten gaz wydobywają i korzystają ci, którzy w Polsce mieszkają (czyli prominentni funkcjonariusze Partii - dopisek mój)... to dziesiątki miliardów złotych".

I określił czas w jakim jego partia jest gotowa się sprzedawać:

"Mówimy o inwestycjach liczonych na długie lata”.

Przyznając że coraz częściej pojawiają się apele, dotyczące ustanowienia specjalnego systemu prawnego, który obejmowałby wydobycie gazu łupkowego, zaoferował że to zrobi ale pod warunkiem że koncerny wydobywcze będą wiedziały komu POsmarować:

„System podatkowy dotyczący tego bogactwa, system prawny, który będzie opłacalny dla naszego państwa, ale także przyjazny dla tych, którzy będą z nami współpracowali w tym przedsięwzięciu”.

Tusk podkreślił, iż chodzi o taki system, który pozwoli na przewidzenie kosztów i zysków na wiele lat w przyszłość. Nie wyjaśnił jakie koszty ma na myśli, może trzeba będzie zamknąć usta wichrzycielom, zrezygnować z pewnych demokratycznych dekoracji których nie rozumie nasze niedojrzałe społeczeństwo, jak na przykład wolność słowa? Partia miłości ma jak żadna inna w tym doświadczenie. No, może z wyjątkiem SLD, ale to margines "rynku politycznego" przecież.

Jak wiadomo kapitał nie lubi niepewności, Donald Tusk doskonale to rozumie i jeszcze raz podkreśla że jest gotowy rozumieć to jeszcze bardziej:

„Jestem przekonany, że jesteśmy szczęściarzami. U nas w Polsce najbliższe wybory parlamentarne odbędą się za grupo ponad trzy lata. (to grubo, to może być i wielokrotność trzech lat jak będzie taka POtrzeba) Ta stabilność polityczna (…) niech to także będzie znakiem nadziei dla tych wszystkich, którzy chcą z nami inwestować w te przedsięwzięcia. Przeminą ekipy polityczne, za dwadzieścia lat ktoś inny będzie premierem, ale za dwadzieścia lat, kiedy będziemy chcieli już w pełni korzystać z naszych zasobów naturalnych, w pełni budować bezpieczeństwo i samodzielność energetyczną Polski, to kluczowym warunkiem będzie także równowaga finansów publicznych, stała tendencja wzrostowa w gospodarce, a to możemy i musimy zbudować dzisiaj”- podsumował Donald Tusk.

Tym ostatnim zdaniem Donald Tusk dał jednocześnie do zrozumienia dotychczasowemu dostawcy gazu do Polski, rosyjskiemu Gazpromowi, że niedawne przewidywania ekspertów że już za 5 - 10 lat Polska może stać się samodzielna energetycznie, nie muszą się spełnić. Jeśli tylko właściwa partia będzie u steru rządów w tym kraju.